Blood Debts a.k.a Eliminator

„All right. When I get the last guy, I promise I’ll stop”

W przeciwieństwie do większości okładek VHS z tamtego okresu, ta pokazuje prawdziwy wizerunek bohatera z bronią która jest w filmie. Co prawda jest to granatnik, tak więc nie strzela seriami, ani nie wymaga czterech dłoni.

Przyglądając się filmografii pana Richarda Harrisona można znaleźć wiele ciekawych pozycji: od dramatów wojennych poprzez spaghetti westerny, „Achtung: The Desert Tigers” z gatunku nazisploitation, erotyczny Orgasmo Nero ( czekaj, co? Joe D’Amato? Oczywiście, że to musi być D’Amato) kończąc na ninja filmach Godfreya Ho. Harrison kiedyś powiedział, że to masowe użycie jego wizerunku przez choreografa slasz reżysera z Hong Kongu ostatecznie położyły kres jego karierze aktorskiej. Mając to na uwadze obejrzałem kiedyś dość popularny na youtubie klip „The Proper Way To End Your Film”gdzie napisy z wyjaśnieniem co się stało z bohaterem pojawiają się jeszcze w czasie ostatniego wystrzału. Pomyślałem „hej, RH z filmem bez zakończenia, musi to być produkcja Ho”. Nie, to nie był Godfrey, to był ktoś znacznie gorszy, to był Teddy Page.

Kim jest Teddy Page? Niewiele informacji znajduje się o tym reżyserze. Wiadomo, że jest z Filipin gdzie kręcił wiele filmów w latach 80 prosto na kasety VHS, a obecnie pracuje w filipińskiej telewizji – pewnie dla Duterte (Dlaczego? O tym później). Jego filmy miały niemal zerową wartość produkcyjną, a jak wspomina Harrison w książce „Gods In Polyester: A Survivors’ Account Of 70’s Cinema Obscura” (przyznam się nie czytałem, ale z chęcią bym to zrobił) jego filmy często nie miały dokończonego scenariusza przez co aktorzy byli zmuszeni improwizować w wielu scenach. Okay, po pierwsze -jeżeli scenariusze na te debilizmy nie były skończone, to dlaczego? Skończyło się miejsce na serwetce z McDonalda gdzie wpadli na pomysł nakręcenia tego szajsu? Legenda mówi, że John Hughes napisał „Weird Science”w jeden dzień. Rozumiem, że osoby które brały udział w tym projekcie nie są równie utalentowane, a sam Hughes pewnie miał mózg przekoksowany kokainom, ale też nie uwierzę, że ci Filipińczycy czegoś nie ćpali.  Druga rzecz – jeżeli to wszystko było improwizowane, a film był tragicznie dubbingowany ( do tego jeszcze dojdziemy), to czy był on nagrywany na podstawie tej improwizacji, czy aktorzy powymyślali jeszcze inne pierdoły? Jednak może być trochę prawdy z tymi filmami Ho i Richardem Harrisonem ponieważ w Niemczech „Blood Debts” było wydane jako „Ninja Jager” mimo, że żadnych nindżów w nim nie było, ledwo kilku typów w kominiarkach, a całość przypomina 90 minutowy film Godfrey’a.

Dobra ja tak gadam pierdoły o postaci Harrisona i Page’a a tu do filmu trzeba przejść. Tak więc o czym jest to dzieło filipińskiej myśli filmowej ? No więc jeszcze jedna lekcja historii, przepraszam. W połowie lat 80 imperium produkcji prosto na kasety VHS było studio Cannon. Owa firma produkcyjna wykupiła licencje na filmy „Death Wish” (Życzenie śmierci, jeżeli ktoś woli). Były to filmy reżysera Michaela Winnera, który miał troszkę fascynację na punkcie fikcyjnego strzelania do ludzi których nie lubił. Przykładowo jego ostatnia produkcja „Parting Shots” która była „komedią” w której typek po zdiagnozowaniu raka strzelał do wszystkich co kiedyś zrobili mu coś przykrego. Winner w tym czasie był również krytykiem restauracji, co było boleśnie widoczne ponieważ postać szefa kuchni została zastrzelona tylko za nieuprzejmość. Tą bolesną częścią był fakt, że kucharza grał Ben Kingsley. Wracając jednak do „Death Wish” był to prosty film z dziwnym jak na dzisiejsze czasy przekazem. Charles Bronson grał tam Paula Kersey’a – nowojorskiego liberała nie wierzącego w przemoc. Jednak gdy jego żona oraz córka zostały napadnięte w ich własnym domu Paul zmienił zdanie na temat pracy systemu. Po wizycie w Tucson (Arizona) zmienił także przekonanie na temat posiadania broni. Potem chodził po „Big Apple” z nadzieją, że ktoś go zaatakuje by on mógł wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Film był krytykowany zatem za popieranie tzw „sprawiedliwości ulicznej”, zaś sequele stawały się coraz bardziej komiczne. Przykładowo moja ulubiona trzecia część była o emerytach walczących z całym gangiem bo policja to złe cioty. Tego typu filmy stały się ekstremalnie popularne w epoce VHS („The Exterminator„, „Forced Venegance” czy pierwsze filmy z Seagalem), dlatego nasz kochany filipiński reżyser pomyślał, że też tak może. „Blood Depts” jest własnie jedną z tych podrób ale w wykonaniu marginalnego kina klasy Z.

Teraz raczej nic nie powie.

Film rozpoczyna się losową sceną gwałtu, przynajmniej ja to tak zinterpretowałem. Kilku bandziorów uzbrojonych w karabiny napada na parę siedzącą w parku, czy tam lesie (połowa filmu tam ma miejsce). Najwidoczniej nikogo to nie obchodzi bo „dla zabawy” napastnicy strzelają w kierunku postaci. Następnie biorą oni kobietę by się z nią „zabawić”, a mężczyznę zaczynają gonić. W tym czasie pojawia się muzyka rodem z westernu i… napisy początkowe. W trakcie polowania jeden z gangoli zabija tego uciekającego, przez przypadek … strzelając mu w plecy (tego typu film). Kobieta jest wówczas gwałcona, chyba, bo nic nie było pokazane, widz może się jedynie domyślać, że coś takiego miało miejsce bo jeden z bandziorów mówi „z tobą już skończyliśmy”. Kobieta więc ucieka, a złoczyńcy ją gonią i oczywiście strzelają do niej zaraz po tym jak dobiega do swojego ojca – Marka (Richard Harrison). Jego też oczywiście ostrzeliwują, w głowę. Między ujęciami jednak krew znika, a za kilka miesięcy Mark już jest w pełni sprawny. Mało tego, zaraz po napisach „few months later” znajduje jednego z przestępców i żąda informacji na temat miejsca pobytu innych.

Dwie minuty po tej rewelacji trzech z napastników już nie żyje (2 zabitych przez Harrisona, a jeden z nich przez innego gwałciciela bo się sprzedaje wąsatym ninjom). Ta seria zabójstw interesuje jakiegoś bossa co wygląda jak hybryda Harrisona z czarnymi włosami oraz Bryana Cranstona . Nakazuje on swojemu czarnoskóremu wspólnikowi wyśledzenie mściciela. W tym czasie Mark zabija większe ilości bandytów między innymi za: próbę gwałtu, kradzież torebki oraz kradzież portfela od pijaka. Jego żona naturalnie jest zniesmaczona, że jej mąż biega po mieście w debilnym czerwonym dresie i strzela do wszystkich, bo całe miasto to przestępcy. Jednak chęć pomszczenia jego córki jest ważniejsza niż zdrowie psychiczne postaci nazwanej w napisach końcowych”żona Marka”. Wkrótce znajduje on ostatnich dwóch gwałcicieli i zabija ich podmieniając piłeczkę golfową, która wychucha i zabija złoczyńców. Ciekawe jest, że jeden z gwałcicieli jest chłopcem od kii dla drugiego. Dobrze, że ustanowiona była jakaś hierarchia dla tych ludzi których widzieliśmy przez może minutę i raczej nie zapamiętaliśmy.

Złoczyńca filmu – Bill Huysenberg

Po wykończeniu ostatnich złych ludzi, Mark mówi swojej żonie, że już więcej nie będzie zabijał, w sposób identyczny jak skacowany nastolatek mówi, że już więcej nie wypije. Następnie jest montaż ich spaceru oraz dziwnej sceny seksu, a w tle leci fortepianowa muzyczka. Koniec? Nie to było pierwsze 30 minut. Szybko po scenie miłosnej te typy co szukały informacji o protagoniście porywają jego żonę, by zmusić Harrisona do pracy dla nich. W sensie mają mu dawać namiary na „złych ludzi”, a on ma ich zabijać. Do tego czasu żona będzie porwaną. Nawet dają mu wspólniczkę Lizę do pomocy. Tak więc Harrison biega przez dalszą część filmu zabijając nowe cele: czy to przez snajperkę, czy też z pistoletu. Następnie bohater wpada na genialny pomysł by zapytać się jakiegoś mechanika (postać nigdy nie przedstawiona) by dowiedział się dla kogo tak właściwie pracuje. Okazuje się, że przez cały czas robił czystki dla „Syndykatu”, który wynajmując więcej „alfonsów oraz szantażystów” ma przejąć władzę w mieście. Tak, dopiero teraz dowiadujemy się, że te typy to nie policja, to nie informatorzy o których jest wcześniej mowa w filmie, a jakieś gangusy. No i boss ma na imię Bill. Znaczy, można się domyślić, że to nie policja bo nasłali na Harrisona jakiś bandziorów kilka razy, ale to Filipiny więc nie zdziwiłbym się jakby takie były standardowe praktyki służb mundurowych. Rozbrajająca jest też powtarzalność scen. Są one inaczej nakręcone, jednak z tym samym przesłaniem. Przykładowo sceny czarnego pomagiera z Billem wyglądają zawsze w ten sam sposób. Szefie mamy problem. – Co? -Mark zabił naszych ludzi, a mówiłem im, że mają być ostrożni. -Mehhh. Ewentualnie: -Świetnie, nasza organizacja rozwija się. Co jesteś taki smutny panie czarny przydupasie? – To Mark, za dużo zabija, wycofajmy się, domyśli się kim jesteśmy. – Nie, niech zabija, do tego go wynajęliśmy. A sceny z policją to mistrzostwo czegoś, nie wiem czego ale te fragmenty są jedyne w swoim rodzaju. Policja niby jest w tym filmie ale nie służy nikomu. Losowe typy wyjaśniają co się działo w tym mielonym kinematografii minutę przed rozmową, nic nie robią, a gdy komendant czy tam jakiś inny szefu rozkazuje złapać „mściciela” to jakiś idiota mówi , że „on nam ułatwia pracę, lepiej żeby się pozabijali na wzajem i, że praca w policji jest ciężka bo dużo papierkowej roboty, a dzięki niemu nie musimy tego robić.” Ja nawet nie tykam tego jeżeli chodzi o logikę.  Dodatkowo aktorstwo i dubbing są najgorsze jakie słyszałem, kiedykolwiek. Tego się nie da opisać to trzeba zobaczyć, dam fragment. Często piszę o badziewnym dubbingu ale tutaj oficjalnie przepraszam wszystkich których uraziłem. Panie Ho oraz ktokolwiek był odpowiedzialny za „Dark Web”, przepraszam.

Ostatni akt wygląda mniej więcej tak – Harrison dowiaduje się, że pracuje dla gangu i namawia Lizę by mu pomogła w jego rozpracowaniu (zabiciu wszystkich). W czasie akcji Liza ginie. Gangusy zgadzają się na oddanie żony i wysadzają ją na oczach Harrisona. Zaraz potem czarny wyjaśnia, że żona zginęła w eksplozji, a Harrison po nich idzie. Następnie przedstawia Billowi ten granatnik z plakatu. Harrison zjawia się, zabija wszystkich i jest ta klasyczna scena końcowa.

Jest to jeden z tych filmów w których widz zadaje sobie pytanie „co jak K… przed chwilą widziałem?”. Akcja jest nie istniejąca, większość scen to Harrison strzelający do ludzi z krótkiej odległości. Są chyba trzy sceny które niby miały prowadzić do gwałtu, ale trudno powiedzieć przez sposób ich nakręcenia. Jedna z nich była nawet z udziałem Lizy, która była przetrzymywana w piwnicy przez początkującego improwizatora, także całość byłą komiczna. Generalnie jest zasada ,że gwałt nigdy nie jest zabawny, jednak ten film nawet z tak ciężkiego tematu potrafi roześmiać widownie. Chciałbym powiedzieć, że widać tu porównania do „Death Wish”, jednak w filmie Winnera scena przemocy na kobietach jest brutalna na tyle, że motywacja bohatera ma jakiś sens. Tutaj Harrison jest troszkę poddenerwowany, że na jego oczach została zamordowana jego córka, a on sam dostał kulkę. Dodatkowo w „Death Wish” był Jeff Goldblum, a z nim wszystko jest lepsze.  Przez cały czas przewija się jedna melodia, dubbing sprawia, że generał Karpow z Ninja Untouchables  bez problemu mógłby grać Makbeta, a dialogi były pewnie pisane fusami od kawy jeżeli były pisane w ogóle. Sposób przedstawiania postaci to nawet nie zalicza się do ekspozycji tylko kilkusekundowych scen. Chyba jedyna osoba jaka była wyjaśniona to Mark, że jest weteranem z Wietnamu (oczywiście, bo nie może być bohatera bez takiej historii w filmach z lat 80). Wśród policji jedyna postać wartościowa to zdjęcie Reagana bo przynajmniej mówi w jakim okresie się dzieje akcja. Biorąc pod uwagę tematykę oraz kraj produkcji mogę się domyślać, że film ten leci u Rodrigo Duterte na bezustannym powtórzeniu. Wszystkie te wady tworzą obraz magiczny, od którego nie da się oderwać wzroku oraz zamknąć rodziabionej japy. Jest to jedna z tych rzeczy które trzeba zobaczyć by w nie uwierzyć.  Jedynie co ma więcej sensu w „Blood Debts”, niż w „Death Wish”, to fakt, że protagonista dostał dożywocie, a nie bilet do Chicago i uznanie policji.

I jeszcze raz, bo to się nigdy nie nudzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *