Rise of the Animals

„What else you’re gonna do? Sit at home? – Yeah, and not be killed by fucking chipmunks”

Nie miałem jeszcze okazji przedstawić żadnego filmu z gatunku „Animal Attack” czyli wszystkich tych filmów gdzie ludzkość jest likwidowana przez ataki różnorakich bestii takich jak rekiny, psy, insekty, bobry czy żaby. Jak więc lepiej zaprezentować tematykę jednego z najbardziej popularnego rodzaju horrorów, niż przez film pochodzący z dna koszyka promocyjnego lub otchłani YouTuba. Taaa film jest legalnie dostępny na kanale Kings of Horror który w swojej kolekcji posiada dzieła takie jak „PMS Cop„, „Infinite Santa 8000” czy „Ninja Zombies.”

Film został wyprodukowany oraz reżyserowany przez Chrisa Wojcika który poświęcił 7000 dolarów na jego nakręcenie. Może więc być to coś pomiędzy „Weasels Rip My Flesh” (film klasy Z nakręcony przez 16 latka), a „Zombeavers” (wydany przez studio Universal). Od razu powiem, że nie były to pieniądze jakoś bardzo źle wydane.

Jak jesteś w filmie „Rise of the Animals” taka rada, nie głaszcz zwierząt.

Wszystko zaczyna się atakiem zwierząt domowych na losową kobietę, która zmuszona jest zabić swojego kota patelnią oraz niszczarką śmieci. Następnie bohaterka musi ratować swojego syna przed wiewiórkami i psem. W czasie pojedynku z labradorem matka ginie, a syn ucieka w pole kukurydzy. Nigdy go potem nie widzimy, ale widz dowiaduje się, że czai się tam coś okropnego. Scena wprowadza widza w tematykę (tak jakby tytuł nie był, żadną wskazówką), ostatecznego bossa oraz jakość efektów. Sam film opowiada o dostawcy pizzy Wolfie i jego przyjacielu Jake’u którzy spóźnieni na premierę nowego filmu z ich ulubionej serii horrorów lądują na imprezie w chatce ulokowanej w środku lasu. Zastają tam grupę pijanych nastolatek. Wolf początkowo niechętnie podchodzi do uczestnictwa w domówce, jednak Jake chowa  kluczyki samochodowe przez co chłopak niejako jest zmuszony w tym wszystkim brać udział. Okazuje się, że uczestniczą tam także siostra Jake’a – Rachel oraz  Samantha która jest obiektem miłosnym Wolfa. Po „eksploracji” chaty para kochanków ląduje w samochodzie protagonisty (człowieku, jedzenie tym rozwozisz, nie cool). Niestety Wolf zaczął wcześniej niż skończył przez co schadzka zakończyła się dość szybko. Szczerze mówiąc w filmie na tym etapie było tak wiele dziwnych dialogów i zachowań, że pozabijanie bohaterów przez zwierzęta było by dla nich przysługą.  Następnego dnia leśne zwierzęta zaczynają zachowywać się nienaturalnie (w sensie mordują niemal wszystkich uczestników imprezy). Okazuje się, że Samantha odjechała z chaty jak wszyscy jeszcze spali, ale zostawiła tam telefon. Wolf w czasie apokalipsy spowodowanej przez futrzaki ryzykując życie swoje, Jake’a oraz Rachel postanawia oddać ukochanej jej zgubę.

Zacznę może od efektów, ponieważ to rzuca się najbardziej w oczy. Są one mieszaniną kukiełek, maskotek, prawdziwych zwierząt oraz CGI. Przykładowo wiewiórki gdy giną są wypełnionymi krwią pluszakami, jednak w ruchu są kiepskiej jakości CGI nagranymi pewnie za pomocą kukiełek. Wygląda to na tyle komicznie, że nadaje filmowi osobliwego klimatu. Podczas ataku na chatę jelenie to po prostu wypchane głowy oraz kukły na kiju które niszczą tekturowej grubości ściany  tylko po to, by w czasie śmierci wylały się z nich wiadra sztucznej krwi. Ilość czerwonego płynu można nawet porównywać do „Martwego Zła”, bo leje się wszędzie. Zwierzęta atakujące bohaterów są różnorakie od wspomnianych wcześniej wiewiórek, po leśne rogacze, ptaki, żółwie wodne kończąc na aligatorach i gorylu, któremu rękę ucięła zamykająca się szyba samochodowa. Jest  także i kraken który zostaje zabity bombą atomową.

W filmie więcej stworzeń traci rękę niż we wszystkich „Gwiezdnych Wojnach”

Wizualnie film nie wygląda najgorzej, nakręcony jest nawet w jakości HD. Na ekranie widać co się dzieje, może poza wygibasami w samochodzie, jednak wdzięczny bylem, że nie musiałem tego oglądać. Jednak co strasznie uderzało to oświetlenie. Przykładowo była scena która działa się gdzieś rano. Rachel musiała wyjść z samochodu bo nażarła się starego kurczaka i gdy była w lesie był już wieczór. Jednak gdy została pogoniona przez złego czarnego rumaka (pokonanego z resztą mocą kung fu) był znowu ranek. Ogólnie cały film miał jakiś problem z czasem. Akcja dzieje się gdzieś na przedmieściach, a dojazd na farmę która miała znajdować się w pobliżu zajął bohaterom dobre dwa dni. Wszystko to było chyba tylko po to by Wolf i Rachel mogli pogadać sobie o gwiazdach(wiadomo w jakim celu) oraz by następnego dnia Jake żarł jakieś mięso w panierce nabite na kij tak jakby on sam je upolował i bym się mógł czepiać o kolejny detal.

„Masz jakiegoś broniksa skitranego?”

Jeżeli chodzi o bohaterów to nie wiele można o nich powiedzieć. Wolf jest typowym protagonistą typu „polecę za dziewczyną bo fabuła musi być”. Jake jest denerwującym pomagierem i film o tym wie rzucając mu w twarz krew lub błoto. Jego siostra jest twardą kierującą się niekiedy temperamentem dziewczyną (oraz oczywiście romansem Wolfa na końcu). Samanta zaś wygląda bardziej jak kalifornijska pornogwiazda niż nastolatka, zaś jej chłopak (ta pojawia się potem czego łatwo się było domyślić) to stereotypowy osiłek w białym podkoszulku który równie dobrze może mieć wypisane na czole „martwe mięcho”. Pojawia się tam jeszcze postać dziadka pijaka który wygląda nieco jak James Woods po miesięcznym chlaniu denaturatu. Poznajemy go jak Wolf przyjeżdża do domu po ładowarkę. Jest on taką karykaturą, że gdy protagonista ucieka z domu ten go goni ze strzelbą w szlafroku i zabija policjanta tylko po to, by robić za tarcze strzelniczą dla jego kolegów. Aktorstwo jest takie, jakiego można się spodziewać w tego typu filmach. Nikt nie był specjalnie tragiczny, ani dobry. Prawdopodobnie reżyser poprosił swoich znajomych do obsadzenia ról.

Można by się było pytać gdzie są służby porządkowe w momencie gdy ludzie spadają z drabiny pokarmowej. Policja niby jest w tym mieście, ale nie robi nic poza sprzątaniem futerek i zabijaniem dziadka, zaś wojsko bombarduje większe to okazy bronią atomową. W czasie podroży możemy także posłuchać radia w którym spiker informuje słuchaczy o masowej histerii, nie wspomina jednak o psach i kotach żyjących razem. No i puszcza raz piosenkę „Rise of the Animals” którą za przegrany zakład nagrał ktoś telefonem.

W każdym innym filmie to był by koniec. Tutaj fala uderzeniowa była mniejsza, niż wiaterek we włosach Samanthy w czasie jej przedstawienia.

Muzyka w filmie komponowana byłe przez zespół Federal.State.Local pewnie na jednym instrumencie klawiszowym. Nie przeszkadza to jakoś szczególnie jeżeli widz nie ma nic przeciwko muzyce rodem z supermarketu lub windy. W pewnym momencie ścieżką dźwiękową są dzwonki z telefonu. Tutaj nawet nie żartuje bo w jednej scenie Wolf bawi się telefonem, a melodyjka z niego robi za soundtrack.

Niewiele więcej mogę o filmie napisać. Można go z ciekawości obejrzeć ponieważ bez napisów końcowych trwa tylko około 60 minut. Jest w nim kilka zabawnych momentów takich jak wspomniany wcześniej pojedynek z koniem czy obrona przed krwiożerczymi jeleniami. Jeżeli jest ktoś zainteresowany to tutaj podaje link. Sam osobiście natrafiłem na to dzieło przez przypadek w liście polecanych na YT, a mój wzrok przykuła wiewiórka wcinająca gałkę oczną. Jeżeli podoba się plakat, to film również powinien  bo raczej nie kłamie i zawiera wszelkie elementy parodii horroru od sceny w leśnej chacie poprzez hektolitry krwi kończąc na kiepskim romansie.

Jakby ktoś był ciekawy dlaczego zwierzęta prowadzą wojnę z ludzkością, to odpowiedzi nie dam bo jej nie znam. Pewnie efekt cieplarniany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *